Jubileuszowe marzenie spełnione rok za późno
W 1996 roku IF Guif świętował swoje setne urodziny i wszyscy w klubie marzyli, by uczcić ten okrągły jubileusz awansem do finału. Los jednak chciał inaczej - w ćwierćfinale HK Drott wyeliminował Guif w dwóch bezpośrednich meczach. Wielkie święto przyszło rok później, gdy klub liczył sobie 101 lat.
- Wiedzieliśmy, że w setną rocznicę chcemy być w finale. Nie wyszło wtedy, ale udało się rok później - wspomina Johan Moberger.
Historia Guifa sięga 1896 roku. Do szwedzkiej ekstraklasy klub awansował po raz pierwszy w 1958 roku, jednak na prawdziwy wielki sukces przyszło czekać niemal czterdzieści lat.
Budowanie potęgi
Droga na szczyt nie była łatwa. Na początku lat 90. Guif wypadł z Elitserien, co poskutkowało odejściem głównego strzelca - Erika Hajasa, który wyjechał do hiszpańskiego CB Maritim Puerto Cruz. Mimo to klub po roku wrócił do elity i od sezonu 1992-93 systematycznie budował swoją pozycję.
Przełomem okazało się zatrudnienie w 1994 roku trenera Ingemara Linnélla, który tchnął w zespół nowego ducha i ambicję.
- Ingemar przyszedł jak powiew świeżego powietrza i miał dla nas ogromne znaczenie - podkreśla Moberger.
Erik Hajas - człowiek-gol
Sercem drużyny był powracający Erik Hajas - jeden z największych strzelców w historii szwedzkiej piłki ręcznej, sześciokrotny medalista mistrzostw świata. W sezonie 1996-97 zdobył swój tysięczny gol w rozgrywkach ligowych, a jego średnia w tamtym sezonie wynosiła aż jedenaście bramek na mecz.
- Erik strzelał bramki garściami. Każdy przeciwnik liczył się z nim, co oczywiście ułatwiało grę nam, pozostałym zawodnikom - mówi Moberger.
Poza Hajasem w drużynie grali również bramkarz Janne Ekman, fiński reprezentant Jan Källman, twardy Jimmy Jonsson oraz utalentowany Denis Bahtijarević.
Dramatyczny półfinał z Drottem
W półfinale Guif trafił na swojego pogromcę z poprzedniego roku - HK Drott. Tym razem jednak to Eskilstuna okazała się lepsza, wygrywając oba mecze: 33:31 oraz 31:30.
- To były niesamowite starcia. Drott miał świetnych zawodników - Magnusa Weberga, Tommy'ego Souraniemiego i Thomasa Sivertssona. Jedna z tych potyczek rozstrzygnęła się w dogrywce, być może obie. Ale my świetnie graliśmy jako zespół - wspomina Moberger.
Integracja? Również poza boiskiem
Sekretem sukcesu tamtej drużyny była też jej znakomita atmosfera. Zawodnicy spędzali razem dużo czasu poza treningami i meczami.
- Świetnie nam się razem grało i bawiliśmy się równie dobrze poza boiskiem. Do dziś gram w golfa z Jannem Ekmanem. Niedawno przypomniał mi pewną historię z tamtych czasów. Janne był świeżo upieczonym ojcem i pewnego razu zabrał ze sobą do hotelowego jacuzzi słoiczek z przecierem gruszkowym. Żaden ochroniarz go nie zatrzymał, bo co w tym dziwnego - niemowlę ma tatę. Tyle że w słoiczku zamiast przecieru była whisky - śmieje się Moberger.
Finał marzeń i twardy rywal
W wielkim finale Guif zmierzył się z ówczesnym hegemonem szwedzkiej piłki ręcznej - Redbergslids IK. Wcześniej w tym samym sezonie obie drużyny spotkały się już w finale Ligacupu, gdzie górą był RIK. Skład Redbergslid imponował nazwiskami: Gentzel, Vranjes, Lövgren, Frändesjö, Hallbäck i trzej bracia Franzén.
- Byliśmy bardzo szczęśliwi z samego awansu do finału, ale wcale nie przyjechaliśmy tam tylko po odbiór medali za srebrny medal. W sezonie zasadniczym raz pokonaliśmy RIK, więc wiedzieliśmy, że możemy z nimi grać. Ostatecznie jednak wygrali zasłużenie - przyznaje Moberger.
Mecze finałowe rozgrywano w starej Sporthallen w Eskilstunie, gdzie zainteresowanie było tak ogromne, że dla kibiców niemogących zdobyć biletów zorganizowano transmisję na wielkim ekranie w sąsiedniej hali.
Najbardziej zacięty pojedynek - Jonsson kontra Hallbäck
Na boisku królowała intensywna rywalizacja, a najbardziej zapalczywe starcia toczyli Jimmy Jonsson z Guifa i Jerry Hallbäck z Redbergslid.
- Jimmy był zawodnikiem, z którym nie chciałeś się mierzyć, ale uwielbiałeś mieć go w swoim zespole. On i Jerry naprawdę się nie lubili na boisku - dochodziło do ostrych, niesportowych fauli. Raz Ingemar ściągnął Jimmy'ego na ławkę, a ten miał drżącą dolną wargę, bo chciał wrócić i wymierzyć sprawiedliwość - opowiada Moberger.
Historia ma jednak zabawne zakończenie. Kilka miesięcy po finale obaj zawodnicy trafili przypadkowo do tego samego hotelu na wakacjach na Majorce.
- Wszyscy czekali na awanturę. A oni po prostu usiedli razem i wypili piwo. Na boisku to były dwa wilki, poza nim - zupełnie normalni, mili faceci. To właśnie jest piękno piłki ręcznej - podsumowuje Moberger.
Co dalej z Guifem?
Po historycznym sezonie 1996-97 Guif wypadł w ćwierćfinale kolejnych rozgrywek, przegrywając z IFK Skövde. Kolejna szansa na złoto nadarzyła się w sezonie 2000-01, lecz i wtedy w finale znowu był lepszy Redbergslid. Klub z Eskilstuny pozostaje jednak jedną z najważniejszych szwedzkich akademii piłki ręcznej i czeka na swój powrót do finałowej rywalizacji.
Źródło: handbollskanalen.se





