Wczorajszym popołudniem znów poczułem, co to znaczy „jarać się" reprezentacją szczypiornistów. Wróciły wspomnienia po fantastycznych bojach naszych piłkarzy ręcznych i meczach rozstrzyganych „na spokojnie jedną".
Czytam głosy, że „podniecamy się remisem z jakąś tam Austrią", że „udział w turnieju powinien być obowiązkiem", że „to nie Hiszpania czy Niemcy". Z dużym prawdopodobieństwem ludzie ci wciąż żyją rokiem 2007 czy 2009. Medalami wielkich imprez, miejscami tuż za podium - jak to z igrzysk w Rio w 2016 roku. W ich świadomości nadal bramkę muruje Szmal, Bielecki rzuca z trzynastego metra z prędkością światła w okienko, a bracia Jureccy przyprawiają rywali o nudności na samą myśl o rywalizacji. Problem w tym, że tamtych zawodników na boisku już nie ma. Szmal siedzi w fotelu prezesa związku, Bielecki został mówcą motywacyjnym, Bartosz Jurecki trenuje opolską Gwardię, a Michał pracuje jako dyrektor sportowy w Kielcach.
Minęły dekady. Po złotym pokoleniu szczypiornistów na boiskach nie ma już śladu, a my musimy dziś „rzeźbić", żeby poskładać sensowną kadrę. Przypomnijmy sobie choćby marzec i mecz z Łotwą w Ostrowie Wielkopolskim. Kiedy do przerwy przegrywaliśmy, złość szła u mnie w parze z rozpaczą i bezradnością. Wydawało mi się, że to naprawdę koniec - i że najszybciej naszą kadrę na dużym turnieju zobaczymy w 2030 roku, kiedy wspólnie z Czechami i Danią zorganizujemy europejski czempionat, a miejsce w nim będzie nam przysługiwać z automatu. A jednak. Już dwa miesiące później udało nam się ograć - w dwumeczu - Austrię, drużynę o ugruntowanej pozycji na handballowej mapie. I to my w styczniu zagramy w niemieckich halach.
Austriacy na tegorocznym EURO pokazali się z dobrej strony, mimo że nie wyszli z grupy. Przegrali po walce ze srebrnymi medalistami Niemcami i z Hiszpanią, ale pokonali nieprzewidywalną Serbię. My za to wzięliśmy udział w festiwalu nieskuteczności i własnych, prostych błędów, ulegając wyraźnie i Węgrom, i Islandczykom. Na „deser" skompromitowaliśmy się porażką z Włochami, wracając do domu z nisko zwieszonymi głowami. Trzy mecze w Kristianstad, trzy przegrane.
Tym bardziej dobra postawa w Grazu i druga połowa w Olsztynie mogą dawać promyk nadziei. Nadziei na to, że na samych mistrzostwach nie będziemy już byle jacy.
Oczywiście do mundialu podchodzę ze spokojem. Nie liczę na walkę o najwyższe cele, nie liczę, że pokonamy którąś z potęg. Liczę jednak, że napsujemy im krwi i że pozbędziemy się tego stresu, który paraliżował nas podczas EURO. Liczba podań w trybuny, niewykorzystanych karnych i zmarnowanych stuprocentowych sytuacji podczas zimowych zmagań nie przystawała reprezentacji dużego europejskiego kraju.
Wiem, że gdyby Daszek tej ostatniej piłki nie wykorzystał, gdyby - jak kilka minut wcześniej Kamil Syprzak przy niewykorzystanym karnym - popełnił błąd nie do wytłumaczenia nawet dla samego siebie, ten tekst brzmiałby zupełnie inaczej. Wiem, jak cienka była ta granica. Trzynaście sekund i jeden rzut zdecydowały, czy piszemy o awansie, czy o kolejnej żałobie.
Znam i widzę mankamenty. Rozpoznaję braki i błędy. Potrafię jednak - wreszcie - dostrzec także pomysł na tę reprezentację. I w pomysł Joty Gonzaleza wierzę.





