Zanim przyszły złote medale
Dziś IK Sävehof kojarzony jest przede wszystkim z sukcesami - sześć tytułów mistrza Szwecji i cztery srebrne medale mówią same za siebie. Jednak jeszcze na początku XXI wieku męska drużyna tego klubu nie miała na koncie ani jednego złotego medalu. To właśnie sezony 2003-04 i 2004-05 zmieniły wszystko i na trwałe wpisały Sävehof do historii szwedzkiej piłki ręcznej.
Żeby zrozumieć fenomen sezonu 2004-05, trzeba cofnąć się o rok wcześniej. W rozgrywkach 2003-04 Sävehof wygrał 22 z 26 spotkań fazy zasadniczej, a w finale rozgromił dotychczas dominujący Redbergslids IK 3:0 w meczach. Był to pierwszy w historii tytuł mistrzowski dla męskiej sekcji klubu.
Mieszanka doświadczenia i młodości
Siłą ówczesnego Sävehof była znakomita mieszanka pokoleń. Z jednej strony doświadczeni gracze jak Mikael Moen i sprowadzony zimą 2004 roku Peter Möller, który wrócił do Szwecji po kilku latach gry w Niemczech. Z drugiej - młode talenty, przede wszystkim Kim Andersson i Jonas Larholm, a także Per Sandström, Jan Lennartsson czy Patrik Fahlgren. Pomost między tymi grupami tworzyli zawodnicy tacy jak Tommy Atterhäll i klubowa legenda Erik Fritzon.
- Mieliśmy naprawdę dobry skład, ale przede wszystkim byliśmy niesamowicie głodni sukcesów. Wszyscy chcieli wygrywać wszystko. Napięcie podczas treningów wewnętrznych było ogromne - wspomina Peter Möller.
Möller przyznaje, że jego transfer do Sävehof był poprzedzony profesjonalnymi rozmowami z władzami klubu, w tym z trenerem Rustanem Lundbäckiem i dyrektorem Matsem Grauersem. - Namalowali mi obraz przyszłości. Mówili, że jeszcze niczego nie wygrali, ale zamierzają to zmienić. Dałem się przekonać - opowiada były reprezentant Szwecji.
Rustan Lundbäck - architekt sukcesu
Kluczową postacią w całej tej układance był trener Rustan Lundbäck, który objął męską drużynę w 2001 roku po wcześniejszych sukcesach z żeńską sekcją klubu. Jego metody były jednoznaczne - miał bardzo konkretne wymagania taktyczne, ale potrafił też dać zaufanym zawodnikom pewną swobodę.
- Zostawiał wiele decyzji nam, szczególnie mnie i Moenowi w obronie. Ale miał swoje nieprzekraczalne granice. Jeśli je przekroczyłeś, dostawałeś od niego spojrzenie, które mrozi krew w żyłach. Wtedy wiedziałeś, że popełniłeś błąd - śmieje się Möller.
Jednym z najlepszych przykładów taktycznego geniuszu Lundbäcka był finał sezonu 2003-04 z Redbergslids IK. Przez całą wiosnę trener ćwiczył z zespołem zupełnie nowy system gry oparty na Anderssonie, Larholmie i Danielu Andjelkovicu - i nie użył go ani razu przed finałem. Gdy w decydujących meczach Sävehof nagle zaskoczył rywali nieznanym im sposobem gry, RIK nie miał żadnej odpowiedzi. Wyniki mówią same za siebie: 28:18, 25:14 i 21:19.
Sezon 2004-05: Kim Andersson odchodzi, ale zostaje jeszcze rok
Przed kolejnym sezonem skład przeszedł pewne zmiany. Andjelkovic odszedł - był po prostu za dobry na szwedzką ligę. Za to wrócił z Niemiec Jonas Ernelind, stary znajomy Möllera. Najważniejszą informacją było jednak to, że Kim Andersson podpisał kontrakt z THW Kiel, choć zdecydował się pozostać w Sävehof przez jeszcze jeden sezon.
- To było niesamowite obserwować jego rozwój, podobnie jak Jonasa, Pera czy Fahlgrena. To zaszczyt być częścią takiej podróży - przyznaje Möller.
W sezonie 2004-05 głównym rywalem Sävehof nie był już podupadający finansowo Redbergslid, lecz IFK Skövde, który ukończył fazę zasadniczą na pierwszym miejscu - o punkt przed Partille. Möller do dziś podkreśla klasę tamtego Skövde.
- Mieli fantastyczny zespół i w każdym innym roku mogliby zostać mistrzami. Po prostu mieli pecha, że my też byliśmy wtedy fantastyczni. Myślę, że ich sezon jest trochę zapomniany i to niesprawiedliwe - mówi były gracz Sävehof.
Pokonali THW Kiel w Lidze Mistrzów
Równolegle z rozgrywkami ligowymi Sävehof grał w Lidze Mistrzów. W fazie grupowej wygrał trzy mecze, dwa zremisował i przegrał tylko jeden, zajmując drugie miejsce - za THW Kiel. Prawdziwą sensacją było jednak domowe zwycięstwo właśnie z tym klubem.
- Wiedzieliśmy, że mamy szansę. Mieliśmy znakomitych zawodników, ale przede wszystkim trafiliśmy w punkt taktycznie. Celowo pozwoliliśmy im strzelać ponad Moenem i mną, ufając Perowi w bramce. Wygraliśmy chyba czterema albo pięcioma golami. Dziś taka taktyka by nie przeszła - poziom rzutowy jest teraz nieporównywalnie wyższy - tłumaczy Möller.
W 1/16 finału przyszło zmierzyć się z SG Flensburg-Handewitt, ówczesnym mistrzem Bundesligi. W pierwszym meczu Sävehof wygrał na własnym parkiecie 34:30. W rewanżu w Niemczech przegrał 26:31 i odpadł z łącznym wynikiem 60:61 - zaledwie jedną bramką.
- To było gorzkie. Ale gdy patrzę na to z perspektywy czasu, rozumiem, jak wielka to była wyczyn. Byliśmy o krok od wyeliminowania Flensburga z taką drużyną, jaką wtedy mieli - przyznaje Möller.
Złoto zdobyte w Globen przed pełnymi trybunami
W play-off Sävehof był nie do zatrzymania - wygrał wszystkie mecze. W finale zmierzył się z IFK Skövde w jednym decydującym spotkaniu (zamiast dotychczasowej serii meczów). Było dramatycznie do ostatniej sekundy.
- Skövde grało szybko i agresywnie. Mecz był wyrównany. Najbardziej pamiętam ostatnią minutę - prowadziliśmy jedną bramką, a oni mieli piłkę i naszego Kima na ławce za czerwoną kartkę. Dostali dość szeroką pozycję z prawej strony, ale Per obronił. Potem Rustan wziął czas i ustalił, co robimy. Janne dostał piłkę, wbiegł i wywalczył rzut karny. Wiedzieliśmy już, że jesteśmy mistrzami. Wprawdzie karnego nie trafiliśmy - Tommy chyba próbował jakiegoś kręconego - ale to nie miało znaczenia. Wygrać mistrzostwo przed wypełnionym po brzegi Globen, to uczucie jest nie do opisania - wspomina wzruszony Möller.
Jeden z najlepszych sezonów w historii szwedzkiej piłki ręcznej
Tytuł mistrzowski zdobyty bez porażki w fazie play-off, zwycięstwo nad THW Kiel i jeden gol od ćwierćfinału Ligi Mistrzów - sezon 2004-05 IK Sävehof zapisał się złotymi zgłoskami w historii szwedzkiej piłki ręcznej mężczyzn. Peter Möller, zapytany o to, czy był to najlepszy zespół, w jakim grał, nie ma wątpliwości.
- To był najlepszy klub, w którym grałem. Trochę wyżej stawiam może RIK-ową drużynę, która wyeliminowała Lemgo, ale tylko dlatego, że mieli wtedy Martina Boquista w absolutnym szczycie formy. Gdybyśmy zatrzymali Daniela do sezonu 2004-05, bylibyśmy pewnie jeszcze lepsi niż tamten RIK. Ale to czyste dywagacje - kończy Möller.
Po dwóch mistrzowskich sezonach nadeszły chudsze lata - trzy złote medale z rzędu zgarnął Hammarby. Sävehof kolejne mistrzostwo zdobył dopiero w 2010 roku, a ostatnie - w nieco zaskakujących okolicznościach - w sezonie 2018-19. Dziś klub z Partille ma na koncie sześć tytułów mistrzowskich i jest jednym z najbardziej utytułowanych w historii szwedzkiej ligi. Fundamenty pod tę potęgę położono właśnie w tamtych przełomowych sezonach na początku XXI wieku.
Źródło: handbollskanalen.se





