Dziecko halowych parkietów Górnej Sabaudii
Zanim stał się twarzą Chambéry, Pierre Paturel był po prostu dzieckiem, które dorastało w cieniu hal gimnastycznych. Urodzony w Bonneville, wychowywał się w rytmie gwizdków sędziowskich - oboje jego rodziców grali w piłkę ręczną. Sam przyznaje, że nikt go do tego sportu nie pchał. „Nikt mnie nie zmuszał, żebym grał w piłkę ręczną. Po prostu kręciłem się po halach i jakoś samo wyszło" - wspomina z uśmiechem.
Pierwszą licencję wyrobił sobie w Club Athlétique Bonneville jako pięciolatek. Szybko zwrócił na siebie uwagę - grając początkowo na pozycji lewego rozgrywającego, trafił do regionalnego centrum szkolenia, a stamtąd już prosto pod skrzydła skautów Chambéry. W 2005 roku dołączył do akademii tego klubu i po raz pierwszy poczuł, że zawodowy futbol ręczny może stać się jego rzeczywistością, a nie tylko marzeniem.
Jeden klub, cała kariera
W dzisiejszych czasach, gdy zawodnicy zmieniają barwy jak rękawiczki i przemierzają Europę w poszukiwaniu lepszych kontraktów, Pierre Paturel jest prawdziwym dinozaurem - w najlepszym tego słowa znaczeniu. Przez całą profesjonalną karierę występował wyłącznie w Chambéry. Nawet gdy pojawiały się kuszące oferty z innych klubów, odpowiedź była zawsze ta sama.
„Zawsze mówiłem, że jeśli Chambéry złoży mi satysfakcjonującą propozycję, zostanę tu - nawet jeśli ktoś inny zaproponuje więcej."
To nie był ślepy sentymentalizm. Paturel po prostu czuł się tu u siebie. Jako nastolatek zasiadał na trybunach hali Phare i oglądał takich zawodników jak Jackson Richardson, Daniel Narcisse czy Laurent Busselier. „To był najlepszy klub w regionie i jedyny, w którym chciałem grać. Znalazłem tu swój balans. Nie miałem po co szukać czegoś lepszego gdzie indziej" - tłumaczy.
Z biegiem lat stał się filarem szatni, a opaska kapitańska trafiła na jego ramię niemal w sposób naturalny. Sam jednak nie uważa się za człowieka wielkich przemówień. „Nie jestem przywódcą słów. Wolę odezwać się dwa razy w roku, ale w kluczowych momentach - żeby to miało sens" - przyznaje. Jego siła tkwiła w codziennej postawie, w wymaganiu od siebie i w przykładzie, jaki dawał młodszym kolegom.
Wojownik w cieniu - obrońca z powołania
Paturel nigdy nie był zawodnikiem, który trafia do najlepszych ujęć meczowych kompilacji. Jego domeną była obrona - pozycja niewdzięczna, rzadko doceniana przez kibiców, ale absolutnie kluczowa dla drużyny. „Nigdy nie chciałem być w centrum uwagi. Ludzie uwielbiają oglądać efektowne akcje. Moja robota jest bardziej mozolna, ale jest równie potrzebna" - mówi bez cienia żalu.
Wskazuje też na szerszy problem: statystyki w piłce ręcznej wciąż nie oddają w pełni wartości defensywnych graczy. „W porównaniu z takimi ligami jak NBA jesteśmy daleko w tyle, jeśli chodzi o pokazywanie ludziom, jak ważna jest każda rola na boisku" - zauważa.
Dwie noce, które zapamiętał na zawsze
Gdy prosi się Paturela o wskazanie najważniejszych momentów w karierze, bez wahania wymienia dwa. Pierwszy to legendarne europejskie spotkanie: zwycięstwo Chambéry nad Barceloną w Lidze Mistrzów w lutym 2011 roku - 27:26. „Piętnaście lat później ludzie wciąż o tym mówią. To wpisało się w historię klubu na zawsze" - podkreśla.
Drugi to Puchar Francji zdobyty w 2019 roku, w finale pokonując Dunkerque. „To zdecydowanie najpiękniejszy tytuł w mojej karierze" - stwierdza krótko. Szczególne miejsce w jego sercu zajmuje jednak półfinał z Montpellier wygrany 33:29. „To jeden z meczów rozegranych przeze mnie na najwyższym poziomie" - wspomina. Cały tamten sezon traktuje jako nagrodę za lata cierpliwej pracy.
Odejść, zanim będzie za późno
Decyzja o zakończeniu kariery dojrzewała w Paturelu przez kilka lat. Nie chciał zostać rok za długo - być zawodnikiem, który grą naraża drużynę, zamiast jej pomagać. „Zależało mi na tym, żeby odejść, będąc jeszcze użytecznym dla zespołu" - tłumaczy. Ta świadoma decyzja pozwoliła mu przeżyć ostatni sezon spokojnie i z satysfakcją. „Podszedłem do niego dokładnie tak samo jak do wszystkich poprzednich" - dodaje.
O wyrzeczeniach związanych z zawodowym sportem mówi bez dramatyzowania, choć nie ukrywa, że ciało płaci swoją cenę. „Generalnie nie wychodzi się z tego bez szwanku" - przyznaje rzeczowo. Do wyrzeczeń zalicza też nieobecność przy bliskich - nieodłączny element życia profesjonalnego sportowca.
Co mówią o nim inni?
Laurent Busselier - legendarny były kapitan Chambéry, dziś asystent trenera pierwszej drużyny - nie kryje sympatii do odchodzącego kolegi. Jego słowa mówią więcej niż jakakolwiek statystyka:
„Zawsze przekazywał wartości klubu. Wszystko, co chcieliśmy zaszczepić w tym miejscu, on przeniósł na młodsze pokolenie."
Busselier opisuje Paturela jako zawodnika „cennego" i „przywiązanego do klubu", ale też z przymrużeniem oka wspomina jego pierwsze kroki w drużynie: „Kiedy się u nas pojawił, zastanawialiśmy się, co to za wielka chuda tyczka. Do tego marudził przy rozgrzewkach, więc mówiliśmy mu, żeby się bardziej ruszał na siłowni" - śmieje się były kapitan.
Czego chce, żeby o nim pamiętano?
6 czerwca, w ostatnim domowym meczu przeciwko Istres, Pierre Paturel zamknął pewien rozdział - piętnaście lat gry na najwyższym poziomie, jeden klub, jedna opaska, niezmienione wartości. Kiedy pada pytanie, co chciałby, żeby kibice o nim pamiętali, odpowiada natychmiast i bez zastanowienia: „Człowieka."
„Mam nadzieję, że będą pamiętać kogoś, kto był zawsze dostępny i blisko kibiców" - mówi. I chyba trudno o lepsze podsumowanie kariery: wierny kapitan, niewidoczny wojownik, ale przede wszystkim człowiek z charakterem.
Źródło: handnews.fr





