Kolonia jak Disneyland - 48 godzin magii
Sezon skończony. Zaczyna się martwy okres, choć echo ostatnich weekendów czerwca 2026 roku będzie rozbrzmiewać jeszcze długo. Mistrzowie wpisani w historię, przegrani będą lizać rany w letnim słońcu i spróbują szczęścia za rok.
Kolonia po raz dwunasty nie zawiodła. Lanxess Arena to coś więcej niż hala sportowa podczas Final Four - to przeżycie, którego nie da się porównać z niczym innym. Spacerując po mieście, co krok napotykasz coś związanego z piłką ręczną: kibiców, legendy, znajomych. Z restauracji dobiegają okrzyki, na każdym rogu ktoś woła kogoś znajomego. To jak szkolna wycieczka - ta sama energia, mieszanina biznesu, przyjemności i pasji. A w pewnym wieku wiesz już, że takich chwil trzeba smakować do końca.
Panorama Kolonii, gdy przekraczasz Ren, a czerwono-złote niebo rozpościera się nad katedrą, przejście przez most w tłumie kibiców, atmosfera Augustinera na Heumarkt, kebab u Podolskiego na koniec wieczoru, lokalny Kölsch i te rozmowy do białego rana - o piłce ręcznej, w sposób, w jaki nie możesz rozmawiać nigdzie indziej. Komukolwiek pytam, mówię to samo:
„To jest Disneyland. Ciesz się, bo trwa tylko 48 godzin. Od poniedziałku wracamy do życia…"
Makuc - z cudownego dziecka do MVP
Czas na podsumowania. Domen Makuc - przyjechał jako wunderkind, odchodzi jako MVP turnieju. Sześć lat zajęło mu potwierdzenie klasy najwyższej. Kibice zachwycali się nim jeszcze jako nastolatkiem w Celju, ale droga na szczyt była wyboista: ciężka kontuzja kolana, chwile zwątpienia, wypożyczenia, pytania o przyszłość. Przetrwał, wrócił i odpłacił z nawiązką. Poprzednie tytuły były tytułami drużyny - ten jest naprawdę jego. I przychodzi jako idealne zwieńczenie rozdziału przed przenosinami do Kilonii.
A Lanxess Arena tęskni za Kilonią. THW Kiel to największy klub świata - widać to w tych latach, gdy czarno-białe armie okupowały plac przed halą, gdy huk z trybun nie miał sobie równych. Teraz „zebry" zaczynają od zera, od punktu zerowego. Ale powrót do Kolonii w roli faworyta to byłaby historia warta opowiadania.
Barcelona - mistrz, który zasłużył na tytuł
Zawsze trochę lekceważymy potęgę Barcelony, bo bundesligowe tematy przykuwają uwagę - fantastyczne mecze, gwiazdy, pełne hale, nieprzewidywalność. Ale gdy spojrzeć na to uczciwie: w 2026 roku Engesan w dziesiątym sezonie w barwach Barcy zaliczył najlepszy sezon ofensywny w swojej karierze. Frade był dominujący jak rzadko kiedy. Za plecami mieli Mema, Fabregasa, Nilsena, nieomylnego maszynę Aleixa Gomeza. Janc mijał Lasse Andersena bez kontaktu - jakby bronił powietrze. I ten odważny, genialny gest Đorđa Cikušicia, który przechwycił piłkę przeznaczoną dla Gidsela i pieczętował tytuł.
Ortega po raz trzeci w pięciu sezonach sięgnął po Ligę Mistrzów. Tylko Talant Dujszebajew z Ciudad Real miał lepszy start, gdy w czterech sezonach zgarnął hat-trick.
Mimo to Aalborg, przy czterech strzelcach więcej po stronie Barcy, twardo trzymał się swojej taktyki. Krikauts przez całe 60 minut grał trzema obrońcami przeciwko drużynie, która może biegać więcej niż ktokolwiek inny. Skrzydłowi - Freihöfer i Teigum - unikali rzutów przez strach przed Nilsenem. I Gidsel, który znów nie mógł sam wygrać Ligi Mistrzów. Bo piłka ręczna to nie ten sport. Nie da się go tak uprościć.
Gidsel - rekordy pobite, tytuł poczeka
Z medialnego punktu widzenia - dobrze jest tak czy owak. Gdyby wygrał, to wielka historia. Skoro czekamy, napięcie rośnie. Mikkel Gidsel pobił wszelkie istniejące rekordy, dostał pierwsze personalizowane buty w historii piłki ręcznej. Niech ta opowieść trwa, świętowanie będzie tylko większe. To fantastyczny człowiek - naturalny, pełen szacunku dla całego ekosystemu tej dyscypliny: boiska, trybun, mediów. Każdy może być zadowolony. Gdy go widzę z mikrofonem w ręku, mam ochotę odłożyć sprzęt i po prostu go uściskać z czystego szacunku.
Lasse Andersen odejdzie do ligi duńskiej, Milosavljević do Kielc, Nilsen do Veszprém - po plac z własnym imieniem. Sport składa się ze zwycięstw i porażek, spotkań i rozstań.
Milosavljević i Perić - najpiękniejsza historia weekendu
I z dobrych opowieści: ta z dwoma Dejanami, nauczycielem i uczniem, Milosavljeviciem i Perićem, to był highlight całego weekendu. Czekałem na ten kadr, chciałem opowiedzieć tę historię niezależnie od wyniku finału, bo jest ona czymś więcej niż sportem. Perić powiedział: „razem zdobyliśmy wszystko jako duet." I nie tylko zdobyli - wysłali najlepszy możliwy sygnał w czasach burzenia autorytetów, braku wdzięczności i mentalności „każdy dla siebie". Nauczyciel nadal prowadzi 2:1.
Magdeburg, Aalborg i co dalej?
Swoje opowieści będzie pisać Magdeburg Vigerta - człowieka, który definitywnie zmienił piłkę ręczną, zarówno na boisku, jak i w kwestii roli trenera poza prostokątem 40x20. Złota era Magdeburga trwa i w przyszłym sezonie nie oczekujemy nic mniej niż ich powrotu do Kolonii. Gdy widzisz Saugstrupa z oczami pełnymi łez po półfinale - takiego mistrza, który zdobył w życiu wszystko - wiesz, że wróci.
Aalborg i ten „kompleks Barcelony" - trzy porażki na turniejach finałowych, ataki na zwycięstwo, a potem katastrofa. Kiedyś to będzie mocny dokument na duńskiej TV2. Na razie tylko zbierają materiał. A „jest z czego wybierać", jak powiedzieliby dziennikarze.
My daliśmy z siebie wszystko. Nagraliśmy tony materiału, który najlepiej oddaje to, co działo się w Kolonii. Do zobaczenia za rok.
Źródło: balkan-handball.com





