Od desperackiej walki o przetrwanie do czwartego miejsca w lidze
Kiedy trener Niklas Harris przejmował H65 Höör w sezonie 2010-11, klub właśnie awansował do Allsvenskan. Jan Hansson, jeden z największych pasjonatów w historii klubu, obiecał trenerowi jedno: wejdziemy prosto do Elitserien. I słowa dotrzymał.
Pierwsza kampania w szwedzkiej ekstraklasie była jednak prawdziwym koszmarem. Drużyna przegrała dwanaście, trzynaście meczów z rzędu, często jedną bramką. Do tego kontuzje kolan wyeliminowały trzy zawodniczki, które Harris przywiózł ze sobą z Lugi - Jonnę Linnéll, Emmę Åstrand i Annę Roxå. H65 utrzymało się w lidze ledwo-ledwo.
- To było mizerne. Ale przetrwaliśmy baraże i zostaliśmy w ekstraklasie - wspomina Harris.
Przed sezonem 2012-13 nikt nie wróżył H65 niczego dobrego. Klub nie dokonał żadnych transferów, a komentatorzy otwarcie pisali, że nie ma powodów, by spodziewać się poprawy. Tymczasem stało się coś nieoczekiwanego.
Ten sam skład, zupełnie inne wyniki
Zawodniczki wróciły zdrowe z kontuzji i mogły spokojnie przepracować cały sezon. Jannike Wiberg, Jennie Linnéll i Jasmina Djapanovic stanowiły mocny fundament, a taki charakter całego zespołu robił swoje mecz po meczu.
- Zaczęliśmy od derbów z H43, które zawsze nas biły. Wygraliśmy na ich terenie całkiem pewnie. Potem pokonaliśmy Lugi - też na wyjeździe. Start był znakomity i potem już poszło - opowiada Harris.
Szczególnym przypadkiem była Mia Rej - zawodniczka, która wcześniej była wyrzucana z duńskich klubów za problemy z zachowaniem. Harris jeździł z nią samochodem na treningi każdego dnia i po prostu rozmawiał.
- Nigdy nie strzelała, bo twierdziła, że nie wie, czy trafi. Powiedziałem jej: twój najlepszy rzut to ten wykonany z zamkniętymi oczami - po prostu strzelaj i nie myśl o reszcie. Teraz zdobywa pięć takich bramek w każdym meczu - mówi trener z satysfakcją.
Kilka lat później Rej zostanie uznana za najlepszą zawodniczkę duńskiej ligi.
Europejska przygoda - Challenge Cup po raz pierwszy
W tym samym sezonie H65 Höör zadebiutowało w europejskich rozgrywkach - w Challenge Cup, trzecich w hierarchii prestiżu rozgrywkach kontynentalnych. Pierwszy rywal to włoski Esercito Figh Futura Roma.
- Byliśmy zmęczeni mentalnie po świetnej jesieni i trochę zbyt zadowoleni z siebie, co zawsze jest niebezpieczne. Wygraliśmy u siebie kilkoma bramkami, ale rewanż w Dolomitach o 21:30 niemal nas pogrążył - przyznaje Harris. - Na szczęście zdołaliśmy to spiąć i awansować dalej.
W 1/8 finału rywalem był holenderski Succes Schoonmaak/VOC Amsterdam, pełen reprezentantek Holandii. Faworyt był oczywisty - ale nie dla H65.
- Oni nie wiedzieli o nas nic. My za to siedzieliśmy po treningach i szukaliśmy na YouTube klipów z każdym kolejnym przeciwnikiem. Wynajęliśmy nawet fotografa, który pojechał nagrać jeden z ich meczów - mówi Harris.
H65 wygrało w Amsterdamie 31:25, a rewanż był jeszcze bardziej jednostronny. Ćwierćfinał był faktem.
Dramat z Nîmes - i triumf woli
W ćwierćfinale czekał Nîmes Gard - piąta drużyna ligi francuskiej, pełna reprezentantek kraju. Mecz u siebie H65 zaczęło od stanu 1:6. Harris wziął czas i postawił sprawę jasno: albo się poddajemy, albo gramy swoje.
Zawodniczki wybrały drugą opcję. Do przerwy straciły tylko cztery bramki, a w drugiej połowie przejęły inicjatywę. Jasmina Djapanovic zdobyła 13 bramek. Końcówka była dramatyczna - H65 wygrało jedną bramką.
Rewanż we Francji zapowiadał się jeszcze trudniej. Jennie Linnéll kontuzjowała obojczyk, drużyna dotarła do Francji późno w nocy przed meczem. A jednak - H65 prowadziło 12:10 po pierwszej połowie.
- To dzięki charakterowi tej grupy. Nie interesowały ich okoliczności - mówi Harris. - W drugiej połowie prawie nie mogliśmy strzelić, ale Jannike Wiberg grała w bramce po prostu fenomenalnie, broniąc zarówno rzuty z wolnej pozycji, jak i karne.
W ostatniej minucie H65 trzykrotnie traciło piłkę z wyczerpania - ale za każdym razem Wiberg ratowała drużynę. Awans do półfinału był faktem.
Skandal w Chorwacji i koniec europejskiej przygody
Półfinał przeciwko chorwackiemu Samoborowi okazał się jednak zbyt wielkim wyzwaniem - i to nie tylko sportowym. Mecz wyjazdowy odbył się w zupełnie innej hali niż ta, którą sztab odwiedził rano.
- Wymiary boiska chyba nie zgadzały się z normami. A na trybunach wisiały polityczne hasła - mieliśmy w drużynie Jasminę, która jest Serbką - wspomina Harris.
Sędziowie pozwalali gospodarzom na pięć-sześć kroków bez przeszkód. W trakcie meczu wyszło na jaw, że arbiterzy byli przekupieni - dwa tygodnie później ten sam duet sędziowski wpadł na korupcji podczas meczu Århus w Europie.
H65 przegrało wysoko i mimo pięciobramkowego zwycięstwa w rewanżu u siebie nie zdołało odrobić strat. Europejska przygoda dobiegła końca - ale i tak była historyczna.
Pierwsze play-offy w historii klubu
Równolegle w lidze H65 po raz pierwszy w historii awansowało do fazy play-off. W ćwierćfinale drużyna pokonała Skövde HF 3:1 w meczach, choć na papierze to rywalki były faworytem.
Półfinał przeciwko IK Sävehof okazał się za wysoką poprzeczką - Sävehof wygrał 3:0. Ale nikt w H65 nie miał powodów do wstydu.
- To był jeden z najfajniejszych sezonów w moim życiu - mówi Harris. - Myślę, że ludzie nie rozumieli, jak ogromne było to osiągnięcie. Z drużyną, która rok wcześniej ledwo utrzymała się w lidze, doszliśmy do czwartego miejsca w Szwecji i do półfinału w Europie.
Początek wielkiej dynastii
Sukces sezonu 2012-13 był jednak dopiero początkiem. Rok później H65 dotarło do finału Challenge Cup, gdzie zmierzyło się z Issy Paris - drużyną z czołówki światowego rankingu, w której grała między innymi Stine Oftedal.
- To był najlepszy klub na świecie w tamtym czasie. W żadnym innym sezonie nie dalibyśmy rady ich pokonać, ale po trzech latach grania w tym samym składzie mogliśmy ograć każdego - mówi Harris.
W sezonie 2016-17, już pod wodzą nowego trenera Oli Månssona, H65 Höör sięgnęło po pierwsze w historii mistrzostwo Szwecji, przerywając długotrwałą dominację IK Sävehof. W ciągu zaledwie pięciu lat klub przeszedł drogę od walki o ligowy byt do miana szwedzkiej potęgi i europejskiego gracza.
To historia o pasji, charakterze i tym, że w sporcie cuda zdarzają się tym, którzy na nie ciężko pracują.
Źródło: handbollskanalen.se





