Drugi mecz turnieju, drugi raz ten sam scenariusz. Polacy pokazują twarz w defensywie, walczą, gryzą parkiet, ale w natarciu popełniają tak wiele strat, że przeciwko europejskiej czołówce nie ma szans na sukces. Po porażce z Węgrami przyszedł czas na bolesną lekcję od Islandczyków, a w polskiej szatni zapanowała atmosfera rozgoryczenia.
Selekcjoner bez odpowiedzi na kluczowe pytania
Jota Gonzalez przyznał wprost: pierwsza połowa dawała nadzieję. Układ 5-1 w defensywie działał, Tomasz Gębala w środku muru robił swoje, ale portugalscy szkoleniowiec nie potrafił znaleźć recepty na problemy kadry w ofensywie. Desperacka próba z grą siedmioma zawodnikami w ataku? Zamiast ożywienia przyniosła tylko kolejne bramki dla rywali na pustą siatkę.
- Musimy drastycznie poprawić naszą grę w ataku. Nie byliśmy zdolni przełamać ich obrony w pojedynkach jeden na jeden, a to czyni wszystko znacznie trudniejszym - analizował szkoleniowiec, który po raz kolejny musiał zmagać się z nerwowością swoich podopiecznych i lawiną prostych błędów.
Moryto i Olejniczak: znowu ten sam film
Arkadiusz Moryto nie krył rozczarowania podobieństwem do inauguracyjnego starcia z Madziarami. Solidna pierwsza połowa, a potem nerwówka i straty prowadzące wprost do islandzkich kontr.
Jeszcze bardziej przybity był Michał Olejniczak, rozgrywający kadry. Po przerwie reprezentacja dostała serię ciosów, przegrywając osiem bramek w zaledwie kilka minut. Dla doświadczonego playmaker'a to był cios, który wymagał publicznego przeproszenia kibiców.
- Brak mi słów. Staramy się grać zespołowo, chcemy więcej, ale czegoś zabrakło. Przepraszam wszystkich, którzy za nami kibicują - mówił szczerze Olejniczak, zapewniając jednocześnie, że mecz z Włochami to nie będzie spotkanie o honor, ale walka o korzystne rozstawienie przed kwalifikacjami do mundialu.
Gębala: jakość jest, ale błędy ją grzebią
Najbardziej gorzkie słowa padły z ust Macieja Gębali, obrotowego kadry. Jego frustracja była namacalna - zespół ma potencjał, defensywa spisuje się dobrze, ale wszystko rozbija się o fatalne decyzje w ofensywie.
- Mamy sporo jakości w drużynie, tyle że przez własne błędy nie jesteśmy w stanie jej zaprezentować. Walczymy, gryzemy się, a efektów brak. To naprawdę przykre - nie ukrywał zawodnik, dodając, że przy zaledwie 21 trafieniach niemożliwe jest pokonanie ekip kalibru Islandii czy Węgier.
Gębala zwrócił też uwagę na zbliżające się starcie z Włochami, którzy zapewne zagrają agresywną obronę 3-3. Każda strata będzie oznaczać kontę rywali, więc Polacy muszą wreszcie uporać się z tym, co od dwóch meczów nie pozwala im wygrywać.
Co dalej? Wszystko zależy od wieczoru
Matematyczne szanse na awans wciąż istnieją, ale... Jeśli Węgrzy zdobędą choćby punkt w wieczornym pojedynku z Włochami (początek o 20:30), polska przygoda z fazą główną Euro 2026 zakończy się, zanim na dobre się rozpoczęła.
Wtorkowe spotkanie z Włochami (godz. 18:00, transmisja w TVP Sport i Eurosporcie 1) będzie miało jednak ogromne znaczenie niezależnie od tego, czy awans będzie jeszcze możliwy. Pozycja w grupie przełoży się bowiem na rozstawienie przed eliminacjami mistrzostw świata - a różnica między trzecim a czwartym miejscem może oznaczać trafienie na europejskiego giganta już na wczesnym etapie drogi do mundialu.
Kadra Gonzaleza ma więc przed sobą zadanie nie tylko sportowe, ale i wizerunkowe. Liczna grupa polskich kibiców, która dotarła do Szwecji, zasługuje na coś więcej niż dwa wysokie porażki i góra nadziei na cud w wykonaniu innych zespołów.
Źródło: zprp.pl
