To był kluczowy mecz dla Paris Saint-Germain. Paryżanie pojechali na Węgry z nadzieją na korzystny wynik przed rewanżem, ale spotkali się z brutalną rzeczywistością. Veszprém, mimo że uplasowało się dopiero na piątym miejscu w fazie grupowej, pokazało w domowej hali pełnię swoich możliwości.
Trener Stefan Madsen mógł liczyć niemal na pełny skład - do dyspozycji był już norweski rozgrywający Simen Lyse, a jedyną nieobecnością był kontuzjowany Maras. To jednak okazało się niewystarczające wobec determinacji gospodarzy grających przed własną publicznością w wypełnionej One Veszprém Arenie.
Descat nie do zatrzymania
Hugo Descat otworzył wynik z rzutu karnego już w trzeciej minucie. To był dopiero początek jego show - były zawodnik Montpellier zakończył mecz z bilansem 10 bramek na 10 prób, stając się postrachem paryskiej obrony. Francuscy zawodnicy po obu stronach parkietu spisywali się znakomicie - oprócz Descata wyróżniali się także Nedim Rémili i Yanis Grébille.
W pierwszej połowie PSG miał ogromne problemy w ataku. Elohim Prandi i Yahia Omar nie potrafili znaleźć dogodnych pozycji do rzutów, a węgierska obrona skutecznie ich blokowała. Były gracz Montpellier Hamed Hesham przeszywał paryską defensywę efektownymi rzutami, a Veszprém systematycznie budowało przewagę.
Po kwadransie gry tablica wyników pokazywała już 8:3 dla gospodarzy, co zmusiło Madsena do wzięcia pierwszego czasu. Choć Yahia Omar zdobył bramkę po przerwie, a Noah Gaudin i Simen Lyse próbowali podtrzymać nadzieje gości, do przerwy PSG schodziło z boiska z sześciobramkową stratą (15:9).
Pozorna pogoń w drugiej połowie
Druga połowa zaczęła się od gola Luca Steinsa, ale Descat natychmiast odpowiedział. Veszprém kontrolowało przebieg spotkania, a PSG nie potrafiło wykorzystać nawet gry w przewadze liczebnej. Szwedzki bramkarz Andreas Appelgren obronił dwa rzuty karne - najpierw Kamila Syprzaka, potem Yahii Omara.
Kiedy wydawało się, że może być jeszcze gorzej (24:14 w 40. minucie), Paryżanie pokazali iskierkę walki. Po brutalnym faulu Thiagusa Petrusa na Elihoim Prandim, który skończył się czerwoną kartką dla Brazylijczyka, PSG zaczęło punktować z rzutów karnych. Syprzak dwukrotnie trafił z siedmiu metrów, zmniejszając stratę do sześciu goli (25:19).
To był jednak tylko pozorny powrót do gry. Descat nadal nie do zatrzymania, Rémili pewny w ataku, a Paryżanie wciąż tracili piłki w kluczowych momentach. Luc Steins miał szczególnie pechowy wieczór, kilkukrotnie tracąc futbolówkę, co kończyło się kontrami gospodarzy.
Misja (prawie) niemożliwa
Końcówka meczu była już tylko formalnością. Veszprém wygrało 32:24, zostawiając PSG przed niemal niemożliwą misją w rewanżu. Ośmiobramkowa przewaga to komfortowa poduszka przed meczem w Paryżu.
Liczby nie kłamią - atak PSG kompletnie zawiódł. Nedim Rémili skończył mecz z bilansem 4/11, Elohim Prandi 4/10, a Yahia Omar 2/7. Główne "działa" paryżan zostały skutecznie rozbrojone przez węgierską defensywę.
Jannick Green próbował ratować co się da w bramce PSG, ale wobec perfekcyjnego występu Descata i słabości własnego ataku niewiele mógł zrobić. Za tydzień w hali Coubertin drużyna Madsena będzie musiała pokazać zupełnie inne oblicze, jeśli marzy o Final Four w Berlinie.
Rewanż już w środę 1 kwietnia. PSG musi odrobić osiem bramek i pokazać znacznie lepszy handball, niż ten zaprezentowany na Węgrzech. Inaczej sezon w Lidze Mistrzów zakończy się wielkim rozczarowaniem.
Źródło: handnews.fr
