Czwarte miejsce w grupie mistrzostw Europy oznaczało dla polskich szczypiornistów powrót do czasów sprzed lat, gdy nasz zespół funkcjonował na poziomie europejskiej drugiej ligi. Jeszcze niedawno biało-czerwoni rozgrywali jedynie decydujący dwumecz, w którym zazwyczaj byli rozstawieni.
Obecnie drużyna prowadzona przez Jotę Gonzaleza musi pokonać dwie przeszkody, by zagrać w przyszłorocznych mistrzostwach świata. Pierwszą z nich jest dwumecz z Łotwą, reprezentacją z trzeciego poziomu rozgrywek europejskich. Zwycięzca tej pary zmierzy się w maju z Austrią - rywalem aspirującym do europejskiej elity, lecz pozostającym w zasięgu polskiej kadry, pod warunkiem że Gonzalez będzie dysponował pełniejszym składem niż w konfrontacji z Łotyszami.
Problemy kadrowe i powrót Syprzaka
Hiszpański szkoleniowiec musiał radzić sobie z licznymi problemami kadrowymi wynikającymi z urazów. Nie mógł skorzystać z usług Macieja i Tomasza Gębalów, Marcela Jastrzębskiego ani Arkadiusza Moryty - wszyscy ci zawodnicy wypadli z kadry w ostatnich dniach przed meczem.
Istotnym momentem był powrót po czternastu miesiącach przerwy Kamila Syprzaka. Jednak aby w pełni wykorzystać wzrost i umiejętności obrotowego PSG, potrzebni są zawodnicy potrafiący skutecznie dostarczać mu piłkę, a tych w polskiej drugiej linii nie ma zbyt wielu.
W takich okolicznościach trudno było oczekiwać powtórki scenariusza z sezonu 2022/23, gdy w eliminacjach do mistrzostw Europy Polska rozbiła Łotwę aż 37:19 oraz 31:14. Wówczas rywale również nie mogli liczyć na Dainisa Kristopansa, potężnego rozgrywającego mierzącego 215 centymetrów wzrostu, również z przeszłością w PSG - jedynego łotewskiego zawodnika światowego formatu.
Trudny początek i przejęcie kontroli
Początkowe minuty spotkania przebiegały w bardzo szybkim tempie. Polska defensywa całkowicie zawodziła, drużyna nie radziła sobie z szybkim środkiem przeciwników. Straty udawało się nadrabiać w ataku, lecz gdy schematycznie zaczął grać Ariel Pietrasik, problemy pojawiły się również w ofensywie. W dziesiątej minucie gospodarze prowadzili 8:6, a karę otrzymał Kamil Syprzak, który jako jeden z dwóch graczy wrócił do obrony przy kontrze Łotyszy.
Po kwadransie gry Gonzalez dokonał zmian w składzie, a Polacy przejęli kontrolę nad wydarzeniami na parkiecie. Sytuację ułatwił uraz Valdisa Kalnińsa, jednego z liderów gospodarzy, który doznał kontuzji w obronie, a później w ataku urazu nabawił się Nikita Pancenko. W dwudziestej minucie biało-czerwoni mieli już dwie bramki przewagi (12:10), choć wynik mógł być korzystniejszy - złe decyzje w ataku podejmował bowiem Michał Olejniczak.
Pierwsze i drugie połowa
Pierwszą połowę Polacy wygrali 17:12, jednak nie było to powód do wielkiego entuzjazmu. Niezłą zmianę w bramce zapewnił Mateusz Zembrzycki, który obronił między innymi rzut karny, nieco lepiej wyglądała również gra w defensywie. Poza tym pozytywów było niewiele - zbyt często brakowało koncentracji, szczególnie w posiadaniu piłki.
Od doświadczonego zespołu, w którego składzie znajdują się zawodnicy Kielc, Płocka czy Paryża, można było oczekiwać spokojnego utrzymywania bezpiecznej przewagi. Przez dziesięć minut wynosiła ona od pięciu do sześciu bramek. Następnie nastąpił kolejny moment rozprężenia - pudłował Andrzej Widomski, a Łotysze w czterdziestej czwartej minucie odrobili połowę strat i przegrywali jedynie 20:23.
Na szczęście niemoc polskiej drużyny zakończyła się w tym momencie, rywalom również zaczęło brakować sił. W pięćdziesiątej trzeciej minucie świetnie wykonujący rzuty karne Mikołaj Czapliński podwyższył wynik na 30:22. Stało się jasne, że zespół Gonzaleza wróci do kraju ze sporą zaliczką przed niedzielnym rewanżem.
Łotwa - Polska 24:33 (12:17)
Bramki dla Łotwy: Putra 1, Valkovskis 6, Kalnins 5, Serafimovics 3, Borisovs 3, Rogonovs 3, Suharevs 2.
Źródło: sport.interia.pl
