Zawodniczka piotrkowskiego zespołu powoli wraca do sił po incydencie, który mógł zakończyć się tragedią. Fizycznie czuje się coraz lepiej, ale psychicznie wciąż próbuje uporać się z tym, co ją spotkało.
Dramat na siłowni
Do zatrzymania akcji serca doszło podczas rutynowego treningu siłowego. Jak się później okazało, powodem było rzadkie schorzenie – wada prowadząca do niebezpiecznych zaburzeń rytmu serca i możliwości nagłego zatrzymania krążenia.
– Nic z tego nie pamiętam. Mam tylko pojedyncze urywki wspomnień z tamtego dnia. Ocknęłam się dopiero na szpitalnym łóżku i pierwsze, o co zapytałam, to czy to rzeczywistość, czy sen – wspomina Sobecka.
Lekarze wszczepili zawodniczce specjalne urządzenie – kardiowerter-defibrylator, który w razie ponownego zatrzymania serca automatycznie przywróci jego pracę. To urządzenie będzie już z nią na stałe.
Pierwsze tygodnie po tragedii
Najbliższe sześć tygodni to okres poważnych ograniczeń. Szczypiornistka nie może dźwigać ciężarów, musi trzymać się z daleka od niektórych urządzeń elektrycznych – kuchenek mikrofalowych czy płyt indukcyjnych. Nawet odbieranie telefonu lewą ręką jest niewskazane. Aktywność fizyczna i stres – również mocno ograniczone.
– To wszystko jest dla mnie dziwne. Porównując stan tuż po przebudzeniu w szpitalu, gdy czułam ogromne osłabienie i ból, do tego jak jest teraz – to zdecydowanie jest lepiej. Ale wciąż nie mogę tego wszystkiego poukładać w głowie – przyznaje zawodniczka.
Wsparcie rodziny i koleżanek z drużyny
Dla bliskich Lucyny ta sytuacja była ogromnym szokiem. Zdrowa, młoda sportsmenka nagle znalazła się w śpiączce na oddziale intensywnej terapii. Jednak rodzina i chłopak okazali się filarem, którego potrzebowała.
Niezwykły gest wykonały również koleżanki z Piotrcovii. W czasie, gdy Sobecka walczyła o życie w szpitalu, zespół rozegrał wyjazdowe spotkanie z KGHM Zagłębiem Lubin. Zawodniczki wybiegły na parkiet w specjalnych koszulkach wspierających powrót do zdrowia swojej koleżanki – i sensacyjnie pokonały mistrza Polski na jego terenie.
– Nie byłam wtedy na tyle przytomna, żeby śledzić mecz na żywo. Później oglądałam nagrania, ale nie wszystko do mnie docierało. Nie potrafiłam rozróżnić, co jest rzeczywistością, a co snem. Gdy usłyszałam wynik, nie mogłam uwierzyć. Muszę jeszcze raz obejrzeć to spotkanie w pełni świadomości – mówi szczypiornistka.
Niepewność i perspektywy
Naтруdniejsze pytanie dotyczy przyszłości sportowej. Sobecka przyznaje, że już na OIOM-ie pojawiły się myśli, czy jej kariera się skończyła.
– Teraz muszę zadbać o zdrowie i pomyśleć, jak wrócić do normalnego funkcjonowania. Życie nie kończy się na sporcie, choć dotychczas wszystko poświęciłam piłce ręcznej. Mój przypadek pokazuje, jak ważny jest "plan B" – w jedną sekundę wszystko może się zmienić – podkreśla.
Zawodniczka ma świadomość, że sytuacja mogła zakończyć się najgorzej. Paradoksalnie, brak wspomnień sprawia, że nie do końca dociera do niej powaga tego, co się wydarzyło. Inaczej przeżyły to jej koleżanki, które widziały dramatyczne sceny na siłowni.
Słowa wdzięczności
Na koniec rozmowy Lucyna Sobecka złożyła podziękowania wszystkim, którzy przyczynili się do jej uratowania – ratownikom medycznym, personelowi szpitala, rodzinie, chłopakowi, który spędzał godziny przy jej łóżku, trenerom oraz koleżankom z drużyny.
– Po prostu dziękuję za uratowanie mi życia – zakończyła.
Źródło: superligakobiet.pl
