Było oczywiste, że Sigurdsson znał wszystkie szczegóły organizacji turnieju na długo przed rozpoczęciem mistrzostw Europy. Wiedział, jak wyglądają podróże, jak rozdzielono dni odpoczynku, jak ułożono fazę grupową. W pokoju prasowym można było odnieść wrażenie, że ten atak przygotowywał się od wczoraj, a może nawet dłużej. To nie był impulsywny wybuch.
Ale to wcale nie czyni go niewłaściwym. Wręcz przeciwnie. Sprawiło to, że stał się konieczny.
Głośno o tym, o czym inni szeptali
Bo Sigurdsson powiedział na głos to, o czym wielu trenerów, zawodników i działaczy myślało i mruczało po cichu (a czasem głośno, choć nigdy tak głośno jak on) od lat. Harmonogramy wielkich imprez, niezależnie czy organizuje je EHF czy IHF, rzadko są dobre. Nie dla zawodników. Nie dla sztabów. Nie dla drużyn.
Ale najwyraźniej działają doskonale dla organizatorów.
Sigurdsson nazwał EHF firmą fast-foodową. Nazwał ich agencją eventową. I trafił boleśnie w punkt. Współczesne czempionaty coraz częściej sprawiają wrażenie, jakby budowano je wokół wszystkiego innego niż optymalne warunki sportowe. Wyczerpujące podróże, nierówno rozłożone dni odpoczynku, obowiązkowe zobowiązania medialne w czasie, który powinien być przeznaczony na regenerację i przygotowania. Wszystko opakowane w błyszczący marketing, hasła w stylu "Pure Greatness" i starannie wyprodukowaną rozrywkę.
Z perspektywy EHF zapewne wygląda to fantastycznie. Pełne areny. Gęsta ramówka telewizyjna. Zadowoleni partnerzy. Pieniądze płyną strumieniem. Z perspektywy drużyn? Już niekoniecznie.
Zamrożone kurczaki w autobusie
Gdy Sigurdsson mówił o tym, że zostali wrzuceni "do autobusu jak zamrożone kurczaki" po rozegraniu dwóch meczów w ciągu 22 godzin, brzmiało to dramatycznie, ale wcale nie przesadnie. Kiedy kwestionował, jak drużyna, która już zapewniła sobie półfinał, może być zmuszona do spędzenia jedynego dnia odpoczynku na podróży i obowiązkowych konferencjach prasowych, trudno było mu się sprzeciwić. Nic z tego, co podniósł, nie było nierozsądne. Ani jedna rzecz.
Oczywiście planowanie turnieju jest skomplikowane. Oczywiście ktoś zawsze będzie niezadowolony. Oczywiście kompromisy są konieczne. Ale kiedy te kompromisy raz za razem zdają się faworyzować logistykę, okna telewizyjne i produkcję show kosztem sportowej sprawiedliwości, to krytyka nie jest tylko zasadna – jest niezbędna.
Piłka ręczna potrzebuje takich momentów
I bądźmy szczerzy: piłka ręczna potrzebuje takich chwil. Nie dlatego, że gniew sam w sobie jest dobry, ale dlatego, że przebija się przez uprzejmy, przewidywalny szum, który tak często otacza wielkie imprezy. Mamy setki konferencji prasowych, na których nic się nie dzieje. Gdzie wszyscy mówią właściwe rzeczy. Gdzie nikt nie chce kołysać łódką. A potem nagle ktoś to robi.
Sigurdsson nie mówił o systemach obronnych czy kontrach. Mówił o odpoczynku, podróżach, regeneracji i szacunku dla zawodników. Zakwestionował ideę, że wystarczy wystawić "ładne show". Postawił pytanie, czy "Pure Greatness" cokolwiek znaczy, jeśli fundamenty pod spodem są popękane. Dlatego to było ważne.
Czy to coś zmieni?
EHF to potężna organizacja. A potężne organizacje rzadko lubią być publicznie kwestionowane. I właśnie dlatego czasami muszą.
Czy to coś zmieni? Może nie. Czy przyszłe mistrzostwa nagle będą zaplanowane perfekcyjnie? Raczej nie.
Ale ta konferencja prasowa zostanie zapamiętana. Nie za to, co rozwiązała, ale za to, co obnażyła. To nie był tylko wybuch wściekłości. To było przypomnienie.
I jestem niemal pewien, że za kilka lat, gdy będzie się mówić o klasycznych konferencjach prasowych w wielkich imprezach piłki ręcznej, ta znajdzie się na tej liście.
Źródło: handbollskanalen.se

