Gdyby ktoś po pięciu kolejkach sugerował w Kielcach, że zespół Industrii będzie w finałowym starciu w Trondheim zabiegał o zachowanie trzeciego miejsca zamiast rywalizować o awans bezpośredni do fazy play-off, spotkałby się z niedowierzaniem. Wówczas drużyna legitymowała się zaledwie dwoma punktami, upokarzającą przegraną z Nantes w własnej hali oraz poważnymi kłopotami kadrowymi związanymi z kontuzjami.
Tałant Dujszebajew zdołał jednak jeszcze przed końcem roku wycisnąć z zespołu niemal maksimum możliwości. Jedynym powodem do żalu pozostał remis z Aalborgiem, będący efektem fatalnie rozegranych końcowych sekund. Wiosenna kampania rozpoczęła się imponująco - seria trzech zwycięstw, w tym sensacyjne w Berlinie, zapewniła już wtedy przepustkę do fazy pucharowej. W Trondheim podopieczni Dujszebajewa mieli za zadanie obronić swoją pozycję przed Veszpremem i Nantes, do czego wystarczyło pokonanie zajmującego ostatnie miejsce Kolstad.
Sukces otwierał atrakcyjną drogę do Final 4: w jednej ósmej finału Pick Segedyn, następnie w ćwierćfinale broniący trofeum SC Magdeburg. Taki scenariusz dawałby okazję do rewanżu za dwumecz sprzed dwóch lat zakończony porażką w serii rzutów karnych.
Początek spotkania i pierwsze problemy
W trzech poprzednich meczach tegorocznej Ligi Mistrzów kielecka ekipa zdobywała średnio 36 goli. W starciu z Norwegami jedynie początek przyniósł wysoką skuteczność, później pojawiła się nadmierna nonszalancja. W pierwszej fazie spotkania dobrze spisywał się Klemen Ferlin w bramce, podczas gdy norweski as Simon Jeppson po siedmiu minutach miał na koncie zaledwie jedno trafienie z pięciu prób.
Konfrontacja z twardą defensywą ostatniej drużyny grupy A stanowiła test dla Szymona Sićki. Snajper rozpoczął od celnego strzału z dystansu w trzeciej minucie, jednak wkrótce dostał dłonią w nos od Magnuda Gulleruda. Ten otrzymał dwuminutową karę, ale forma Sićki także uległa pogorszeniu - w pierwszej połowie zdobył już tylko jedną bramkę przy czterech próbach. Dodatkowym problemem była kontuzja stawu skokowego Arkadiusza Moryto w dziewiątej minucie podczas kontrataku, na szczęście nie na tyle poważna, by wykluczyć go z dalszej gry.
Gospodarze przejmują inicjatywę
Kolstad ochłonął z początku i coraz częściej penetrował środkiem boisko. Także defensywa gości budziła zastrzeżenia trenera Dujszebajewa, szczególnie że nieobecność obydwu jego synów komplikowała sytuację w drugiej linii. W 20. minucie mistrz Norwegii prowadził już 9:7, a wkrótce po kontrze zwiększył przewagę do 11:8. Pierwszą połowę wygrał jednak minimalnie, ponieważ Ferlin ponownie spisywał się solidnie, a Piotr Jarosiewicz pozostał perfekcyjny przy rzutach karnych. Do przerwy było 14:13 dla gospodarzy.
Odwrócenie sytuacji po przerwie
Po czterdziestej minucie rozpoczął się proces odwracania wyniku. Kielczanie zdobyli trzy kolejne bramki i objęli prowadzenie 20:18. Choć chwilowo utracili tę przewagę, widoczna stała się poprawa współpracy z kołowym oraz intensywniejsza praca obrony, co przekładało się na kontrataki. Nawet druga dwuminutowa kara dla Theo Monara nie przeszkodziła w zdobyciu dwóch goli, a mogło być więcej.
Na dziewięć minut przed końcową syreną Christian Berge, szkoleniowiec Kolstad, zarządził przerwę przy stanie 22:24. Próbował uratować szansę na trzecie zwycięstwo w sezonie, jednak jego zespół nie zdołał odwrócić losów meczu.
Dramatyczny finisz
Goście utrzymywali minimalną lub dwubramkową przewagę. Nie prezentowali idealnej gry, lecz siła fizyczna Arcioma Karalioka oraz odnaleziona skuteczność Sićki zapewniły im prowadzenie 27:26 na minutę przed końcem. Dujszebajew wykorzystał przerwę, ale Moryto przegrał pojedynek z bramkarzem.
Norwegom pozostało 13 sekund, Berge poprosił o czas. Jego drużyna wywalczyła rzut wolny bezpośredni po przerwie. Do rzutu podszedł Jeppson - był to jego dziewiętnasty strzał w meczu. Piłka po interwencji Ferlina uderzyła w poprzeczkę, a ławka rezerwowych z Kielc radośnie wbiegła na parkiet.
W jednej ósmej finału Industria zmierzy się z Pickiem Segedyn, a pierwsze spotkanie odbędzie się na Węgrzech.
Źródło: sport.interia.pl

