Wysoka skuteczność, ale mnóstwo strat
Bergischer HC musiał radzić sobie bez Nico Schöttle'a, który pauzował z powodu problemów z barkiem, ale do gry wrócił Elias Scholtes po kontuzji kostki. Od pierwszego gwizdka mecz obfitował w błędy techniczne, a goście tracili wiele piłek już w ataku. Na szczęście dobrze spisujący się Christopher Rudeck w bramce nie pozwolił BHC na szybką stratę, choć Lwy nie potrafiły wykorzystać początkowej przewagi.
Problem w tym, że gdy drużyna gości już oddawała rzuty, niemal zawsze kończyły się one golem. Robin Paulsen Haug w bramce HSV przez cały mecz obronił zaledwie sześć piłek, co dało mu fatalną skuteczność na poziomie 15 procent. Szanse na bramki były więc liczne, ale własne błędy ciągle hamowały rozwój wyniku.
Steinhaus i Wasielewski ciągnęli ofensywę
Mimo wszystko BHC prezentował się jako lepsza drużyna i zdobywał efektowne trafienia. Sören Steinhaus ponownie wziął odpowiedzialność na swoje barki, Johannes Wasielewski do przerwy również trafił cztery razy, a świetnie funkcjonowała gra przez środek - zarówno z Aronem Seesingiem, jak i Larsem Kooijem.
W obronie gospodarze również mieli problemy z przebiciem się przez mur BHC, dzięki czemu po 20 minutach goście prowadzili 12:9. To była szansa, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Trener HSV Torsten Jansen zdecydował się jednak na grę siedmiu na sześciu - i ten ruch przyniósł efekt. Rudeck, który do tego momentu dobrze bronił, musiał teraz stawić czoła znacznie większej liczbie rzutów z sześciu metrów, a Hamburgczykom wyraźnie łatwiej przychodziło zdobywanie goli.
Lwom udało się jednak utrzymać przewagę do ostatniej akcji pierwszej połowy. Wtedy jednak kolejny nieudany podanie pozbawił ich szansy na rzut i możliwe 19:16. Gospodarze natychmiast to wykorzystali - Kaj Geenen trafił na 18:17 i BHC poszedł do szatni z minimalnym prowadzeniem.
Kanonada goli i dramatyczna końcówka
Wyrównanie 18:18 padło tuż po przerwie. Do stanu 25:25 trwała prawdziwa kanonada - bramki padały niemal bez przerwy. Potem jednak BHC dwa razy z rzędu się pomylił i po raz pierwszy w meczu znalazł się w defensywie. Przez prawie pięć minut Lwy nie potrafiły trafić do siatki, wpadły w grę bierną i miały wielkie problemy. W ostatniej akcji tej fazy gospodarze spodziewali się uderzenia świetnie spisującego się Kima Voss-Felsa, ale piłka trafiła do całkowicie niepilnowanego Noaha Beyera, który z sześciu metrów wyrównał na 26:26. I to nie był jego ostatni cios wymierzony przyszłemu pracodawcy.
HSV dwa razy jeszcze wychodził na prowadzenie, szczególnie skuteczny był Moritz Sauter, któremu wyraźnie łatwiej przychodziło zdobywanie bramek. Odpowiedzią były jednak trafienia Eloya Morante Maldonado i Kima Voss-Felsa. W kolejnej akcji Sauter trafił na zmiennika Lukasa Diedricha, a Morante dał BHC prowadzenie 29:28. Lars Kooij wykorzystał kolejną stratę Hamburga i było 30:28. Gdy Gerdas Babarskas zablokował rzut, a Tomas Babak spokojnie podwyższył na 31:28, zwycięstwo Lwów znów wisiało w powietrzu.
Ale to jeszcze nie był koniec dramatu. HSV po przerwie na żądanie zmniejszył straty i skorzystał z kolejnego błędu BHC. Babak trafił na 32:30 i wydawało się, że sprawa jest rozstrzygnięta, ale dwie i pół minuty przed końcem padło wyrównanie. Teraz każda piłka była na wagę złota. Steinhaus huknął na 33:32, a następny atak gospodarzy Lwy obronili rewelacyjnie. Przy 60 sekundach na zegarze BHC miał wielką szansę na rozstrzygnięcie. I ponownie Beyer okazał się bohaterem - trafił z dystansu na 34:32, a Fynn Hangstein dołożył 35:33. Jakie zwycięstwo!
Głosy po meczu
Markus Pütz (trener Bergischer HC): "Jesteśmy bardzo zadowoleni, że zdobyliśmy dwa punkty w Hamburgu - są dla nas niezwykle ważne. Graliśmy dobrą pierwszą połowę, ale sami psuliśmy sobie wynik błędami technicznymi. Popełniliśmy ich w całym meczu 14, Hamburg siedem. To ogromna dysproporcja. Dlatego schodzimy na przerwę tylko przy 18:17, choć prowadziliśmy już 17:14. To z pewnością nie był mecz, który zaważyli bramkarze. Musieliśmy dobrze atakować, bo Hamburg ma wybitną jakość w ofensywie. Mieliśmy problemy w grze siedmiu na sześciu, nie znajdowaliśmy rozwiązań, więc na rękę nam wyszło, że Niklas Weller wcześnie zebrał dwie kary dwóch minut. Szczególnie w fazie, gdy mecz mógł się odwrócić przy 26:25, znów go odwróciliśmy. Chłopaki w końcówce strzelali z wielkim spokojem. To było mocne. Dlatego zdobyliśmy ważne punkty w walce o utrzymanie."
Torsten Jansen (trener HSV Hamburg): "Ostatecznie było to zasłużone zwycięstwo, choć dziś niechętnie to mówię. Same statystyki skuteczności rzutów pokazują różnice. U nas nie były tak dobre. Dostaliśmy też proste bramki. To w końcu odbija się na morale. Gdy mieliśmy fazę, w której prowadziliśmy, nie wykorzystaliśmy tego momentu. To po prostu szkoda. W sytuacji, gdy długo broniliśmy, a Noah Beyer jakoś dostaje piłkę i my tam trochę zaspaliśmy - to po prostu dobija. Takie pudłowe bramki następowały jedna po drugiej, i w sumie to było za dużo. Stoimy z pustymi rękami, co mnie strasznie wkurza. Bardzo chcieliśmy wygrać ten mecz. Mieliśmy dobry tydzień po przerwie na kadrę. Ale znów widać, że wszystko może mylić. Nieważne, jak się trenowało - to, czy zostanie to wdrożone, to inna kwestia. Punkty zostawiliśmy. Chcieliśmy je zdobyć, u siebie w zasadzie musieliśmy je zdobyć. Szkoda, ale tak jest."
Fabian Gutbrod (dyrektor sportowy Bergischer HC): "Trzeźwo analizując, popełniliśmy za dużo błędów technicznych i dostaliśmy za dużo rzutów z sześciu metrów. Mimo to wygrywamy, bo mentalnie byliśmy niezwykle dobrzy. Bo dobrze atakowaliśmy i wygraliśmy wiele pojedynków. Bo mieliśmy szeroki skład, w którym praktycznie wszyscy zawodnicy funkcjonowali. To były bardzo ważne dwa punkty. Ogromnie pomógł nam Kim Voss-Fels. Był niesamowicie emocjonalny, dobrze bronił i strzelił dwa bardzo ważne gole."
Źródło: daikin-hbl.de
